Tarnow 2010

Bieg Leliwitów

Najbardziej zakręcony bieg

Tarnów. Pasażerowie wychodzą z pociągu. Idę małym tunelem pod peronami i wychodzę obok remontowanego budynku dworca. Będzie znów piękny, to widać już po odnowionej fasadzie. Nagle mijam drobną, ciemnowłosą, o jasnej twarzy dziewczynę - to Gosia! Miała tu wystartować - więc przyjechała, tym samym pociągiem.

- Cześć!

- Cześć!

- Idziemy do biura zawodów?

Droga jest łatwa, trafimy. Gosia wyciąga jednak mały skrawek papieru, na którym ma plan dotarcia na ulicę Wałową. Przygotowała się do samodzielnego trafienia, ale idziemy razem.

Z ulicy Dworcowej trzeba w prawo na Krakowską. Przypominam sobie jak kiedyś jechałem tędy rowerem pokonując trasę Gorlice – Kraków. Mojej dzisiejszej znajomej biegaczki nie było wtedy na świecie…

Na ul. Krakowskiej Gosia patrzy na mnie i mówi: muszę coś zjeść. Wkrótce jej uwagę przykuwa jakieś bistro. Chce wejść, ale ja pytam dla upewnienia się: czy mam Ci towarzyszyć?

- Chodź.

W środku prawie pusto, siadamy przy stoliku, pani przynosi kartę dań. Chcemy zamówić coś, co przed biegiem będzie pożywne i lekkostrawne. Makaron, ryż, jakiś owoc lub jarzyna? Trzeba jednak zaczekać ponad kwadrans. Decydujemy się pójść do niedalekiego biura zawodów i powrócić.

Biuro mieści się w namiocie, na ulicy. Kolejka niewielka, załatwiamy sprawnie rejestrację, Gosia pobiegnie tylko 3,3 km, ja całą dychę, czyli 3 okrążenia.

Wracamy do knajpki a tu na stoliku tabliczka „rezerwacja” – dla nas. Gosia dostaje rosół z makaronem i ryż okraszony owocami, ja tylko rosołek. Płacimy niedużo, kilkanaście złotych i idziemy do szkolnej sali gimnastycznej, gdzie zbierają się liczni znajomi i nieznajomi biegacze. Jest szatnia, depozyt, robimy rozgrzewkę w sali, bo na polu chłodno i truchtamy na start!

Bieg jest bardzo zakręcony, jak żaden inny do tej pory: małe podbiegi, zbiegi, mnóstwo zakrętów, schody (!), brama, podcienia, rynek, kostka, asfalt; wszystko 3 razy. Nieskutecznie gonię Stasia ze Skotnik, ale Gosia po skończonym swoim jedynym okrążeniu kibicuje mi, gdy przebiegam drugą pętlę.




Za metą szybko do szatni i z powrotem na Wałową do kolejki, tu czekam z bloczkiem w ręce po …pizzę i herbatę z cytryną. Gosi i wszystkim startującym na 3,3 km posiłek się nie należał (i nie brano wpisowego), ale należą się jej brawa, bo staje na podium za 3 miejsce w generalce, gdy ja w tym czasie pałaszuję pizzę.



Po biegu czekamy jeszcze na losowanie upominków, ale nie do końca, bo Gosia ma już kupiony bilet powrotny i wracamy na dworzec. Pociąg InterRegio się opóźnia, na peronie zimno, podstawiają następny wg rozkładu pociąg do Krakowa. Lecimy tam i zajmujemy miejsca; jest ciepło, pociąg szybko zapełnia się przeważnie studentami; w międzyczasie przyjeżdża „nasz” spóźniony. Okazuje się potem, że trzeba było w nim stać, bo pociąg był pełny.

W wagonie Gosia wyjmuje i ogląda swoją nagrodę za podium – biała podkoszulka, przyda się. Trochę rozmawiamy, częstuję ciastem, które Krysia upiekła na weekend. Pociąg wjeżdża do Krakowa na dworzec, wysiadamy.

- Cześć!

- Cześć!

Każdy szybko do swojego autobusu, w różne strony.

I tak całkiem niespodziewanie spędziłem zakręconą, biegową niedzielę w znajomym, mastersowym towarzystwie.

Autor: Stanisław Grabowski

 
Reklama
 
 
Stronę odwiedziło 18329 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=