Chorwacja 2013

Wyjazd do Chorwacji - wakacje 2013


Dwu tygodniowy pobyt rozpoczęliśmy 1 czerwca, w sobotę. Wyjazd przed godziną 6 raną. Zabłąkany Angol, po nocnej imprezie, spotykając jedynie nas o tak wczesnej porze, pyta jak ma dojść do bliżej nie zrozumiałej przez nas ulicy. W końcu zrezygnowany pyta jak dostać się na dworzec w centrum. Straciliśmy trochę czasu na pomoc biedakowi, ale w końcu ruszyliśmy w drogę. Jedziemy przez Słowację. Winietka miesięczna na odcinek 20 km autostrady hm dość droga jak na taki luksus przejazdu zaledwie 20 km!
Potem Węgry, gdzie kierujemy się na Budapeszt i autostradą już do samej Chorwacji. Jedziemy 8.5 godziny.

Pierwszy przystanek - Varazdinskie Toplice. Mieliśmy zabookowane pokoje w Hotelu Ozis http://www.ozis.hr/. Właściciel bardzo przyjazny, jak wszyscy w Chorwacji zresztą. Za pokój 2 osobowy płacimy 30 euro, za jednoosobowy 20 Euro. Normalnie ceny są o wiele droższe, ale poza sezonem można się targowac. Okolica fajna, do biegania również - góry, góry, góry i siła biegowa jak znalazł. Zrobiliśmy 6 km biegu z tego 3 km pod górę i 3 km w dół.

Po zameldowaniu w hotelu idziemy na baseny termalne. Baseny umieszczone są w hotelu Minerva. Cena biletu dla dorosłych - w tygodniu 35 Kuna, w soboty i niedziele 40 Kuna, taniej jest po 15 i 18. Woda w basenach około 36 stopni, baseny wewnętrzne i zewnętrzne. Niestety pogoda w kratkę, trochę słońca, trochę deszczu, ale nie najzimniej około 20- 22 stopni.




Następnego dnia udajemy się na poranny rozruch do pobliskiego parku - górzysty oczywiście, ale na szczycie piękny widok na Toplice. Pakujemy się i dalej w drogę do Plitvickich Jezior.
Po drodze zatrzymujemy się w Karlovacu, gdzie znajduje się muzeum z ostatniej wojny Bałkańskiej.
Ostrzelane domy, czołgi i samoloty. Jemy obiad w przydrożnej restauracji - oczywiście spagetti bo najbardziej znane i najtańsze.



Docieramy na miejsce. Plitvickie Jeziora i miejscowośc Poljanak położona na wzniesieniu oczywiście. Do parku jakieś 3 km.
Apartments Poljanak, właścicielka Anna, bardzo miła i pomocna od razu wyciągnęła mapę i pokazała nam co, jak i gdzie. Serwuje również bardzo smaczne śniadania za dopłatą lub gdy pokój jest bookowany przez booking.com (bardzo drogo wychodzi, więc raczej polecam dogadac się mailowo), śniadanie wliczone jest w cenę pokoju. W czasie naszego pobytu oba domy (bo ten obiekt składa się z dwóch znajdujących się w pobliżu budynków) były w pełni obsadzone.


Po zameldowaniu i drobnym odpoczynku, postanowiliśmy zrobic trening biegowy. W tym samym dniu de facto na trasie koło naszych budynków odbywał sie plitvicki maraton i biegi towarzyszące. Niestety dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno i nie dane nam było wystartowac, ale trasa jak na maraton zabójcza, bo pokonaliśmy jej częśc i było ciężko (podbieg, zbieg, podbieg zbieg - niektóre pobiegi sięgały 3 km i były bardzo ostro pod górę). Także śmiało można powiedziec, iż jest to maraton górski ale z pięknymi widokami na częśc jezior. Zrobiliśmy około 6 km z szybszymi rytmami po 200 m i podbiegami w drodze powrotnej. Wieczorem spacer po okolicy i podziwianie kraterów oznaczających, że w tym miejscu zaczyna się zapadac ziemia! Początek końca :-)


Następnego dnia pobudka wcześnie rano i w planie zwiedzanie jezior. Wybraliśmy trasę najdłuższą, bo 8 godzinną przy wejściu U3 - P3 (tutaj w informacji można płacic tylko gotówką i tylko w kunach. Otwarte od godziny 9 rano, wejście nr 1 i 2 otwarte od 8 rano i można płacic kartą i w euro). Koszt biletu dla dorosłych to 110 Kuna.

Płyniemy statkiem do stacji nr 2, a z niej do stacji nr 1, gdzie rozpoczynamy 4 godzinna trasę po przepięknych jeziorach. Pogoda dopisała. Świeciło słońce, ale w wąwozie było dośc chłodno.
Po przejściu znacznego odcinka trasy, postanowiliśmy wrócic do stacji nr 1 kolejka. Zjedliśmy obfity obiad w restauracji, która wyglądała jak za komuny :-) i ruszyliśmy w dalszą drogę. Statkiem popłynęliśmy do stacji nr 2, żeby się dowiedziec, iż musimy wrócic do stacji 1 bo tam odpływa statek do stacji nr 3. Dośc skomplikowane, bo w tamtą stronę płynęliśmy odwrotnie. Ale docieramy do stacji nr 3, gdzie po przerwie na toaletę i kawę ruszamy dalej.


Został nam jeszcze wielki wodospad i słynna jaskinia, której szukaliśmy na całej trasie. Docieramy do wodospadu, skąd po marszu schodami w górę, wychodzimy na drogę wiodącą do domu. Wyszło nam dokładnie 8 godzin od domu.


Po południu postanowiliśmy z Tomkiem zrobic trening i pobiec do pobliskiego sklepu na zakupy. Miało wyjśc 2 km w jedną stronę, a wyszło ponad 3km, na szczęscie z góry. Problem zaczął się w drugą stronę, gdzie droga wiodła do góry, a my mieliśmy plecak wypełniony zakupami. Zaskoczył mnie Tomek, bo jak na debiutanta wyrwał do góry jak rasowy biegacz górski z plecakiem ważącym koło 8 kg, zostawiając mnie w tyle z 200 m!
W końcu docieramy wycieńczeni do domu i tak skonczył się nasz pobyt w plitvicach.
Następnego dnia jemy śniadanie kontynentalne i ruszamy w dalszą drogę, tym razem do Vodic.


Koło 13 docieramy do naszego apartamentu w Vodicach. Apartments Tomic znajduje się przy dośc popularnej ulicy Stablinac, której wariantów jest aż 15. W końcu po pewnym czasie udało nam się znaleźc IX dystrykt tej ulicy. Apartament bardzo ładny. Nowoczesny, dwa pokoje, kuchnia, łazienka.


Po zjedzeniu obiadu i obejrzeniu jak Agnieszka przegrywa mecz z Errani w cwiercfinale Rolanda Garrosa idziemy zwiedzac miejscowośc. Przystań, łódki, małe statki, ryneczek, plaża. Typowe nadmorskie chorwackie miasteczko. Spokojne, nie ma na razie zbyt dużo turystów.


Tomek sprawdza wodę czy nadaje się do kąpania, ale to jeszcze nie ten moment :-)


Wieczorem wkładamy strój do biegania i robimy 8 km spokojnego wybiegania wzdłuż plaży.
Następnego dnia rano jedziemy do Bośni. Czeka nas zwiedzanie Mostaru.



Szukamy wcześniej zabookowanego Pansjonu Anja. GPS niestety nie działa, więc kierujemy się w stronę mostu, gdzie powinien być pansjon. Udało nam się dotrzeć do właściwej ulicy ale niestety jest jednokierunkowa i musimy znaleźć inny wjazd. Trochę błądzimy, ale wkońcu udaje nam się trafić do pansjonu. Wjazd bardzo wąski, ledwo przejechaliśmy. Właściciel z synem bardzo uprzejmi, nawet zaproponowali nam drugi, darmowy pokój i śniadanie w niższej cenie. Pomogli nam nawet wnieść bagaże
Trzyosobowy apartament ze śniadaniem dla 3 osób kosztował nas 45 Euro.
Dostaliśmy mapkę turystyczną Mostaru, wskazówki co zwiedzić i gdzie zjeść. Postanowiliśmy spróbować lokalnego jedzenia. Wyszło na to, iż tylko Andrzej zjadł lokalnie, a my tradycyjnie europejsko.


Zwiedziliśmy dwa słynne mosty, starówkę i kilka uliczek. Pogoda w kratkę - raz deszcz, raz słońce, ale ogólnie ciepło.


Następnego dnia przywitało nas piękne słońce i wysoka temperatura, aż żal było opuszczać to miasto. Jedziemy dalej na południe Bośni i jedynej miejscowości z dostępem do morza.
Neum uważane jest za miejsce z największą ilością dni słonecznych w roku. Pierwszą rzeczą jaką robimy po przekroczeniu granicy to przystanek w Informacji turystycznej, ponieważ nigdzie nie można znaleźć mapy Neum, a musieliśmy znaleźć apartament Obradovic. Widać, że rzadko tam zaglądano, bo mapy pokryte były kurzem.
Droga na szczęście prosta. Mijamy wielki hotel Neum, w którym jak się później okazało przebywało mnóstwo Polaków.


Po rozpakowaniu udajemy się na plażę. Czujemy się jak w Polsce, bo wszędzie dookoła mnóstwo Polaków - kolonie itp.



Tomek postanowił wypróbować wodę.





Wieczorem, po tym jak w Mostarze zrobiliśmy sobie przerwę od biegania, postanowiliśmy tym razem zwiedzić okolice i przebiegliśmy około 7 km wolnego wybiegania ze skipami po schodach hotelu Neum (ok 80 m) i 10x 100 m podbiegach pod nasz dom. Oczywiście kolejne górki, które trzeba było wykorzystać.



Jako że do Dubrovnika, naszego głównego celu podrózy była zaledwie godzina jazdy, postanowiliśmy poranek wykorzystać udając się na plażę, gdyż pogoda była naprawdę świetna.



Docieramy do Dubrovnika. Na forach straszą, że droga nieprzyjemna, mnóstwo leżących samochodów-wraków na dole kanionów. Przyznam, że jak na tak nieprzyjemną drogę, to jechało się dość fajnie. Nie było żadnych problemów. Tym razem musieliśmy się wspomóc GPSem. W Dubrovniku mieliśmy zabookowany apartament w Villi Mirna, na półwyspie Lapad. GPS doprowadził nas do celu, choć w uliczkę jednokierunkową, ale na szczęscie na rondku można było zawrócić. Uliczki bardzo ciasne. Na szczęście zabookowaliśmy Villę z parkingiem, bo o parkingi bardzo ciężko w Dubrovniku. Mamy spędzić tu 4 dni.



Niesamowita rzecz - za naszym murkiem znajduje się boisko piłkarskie z bieżnią lekkoatletyczną! Czegóż lepszego biegacz mógłby sobie zażyczyć niż prywatnego stadionu!



Villę Mirna bookowaliśmy przez booking.com. Koszt apartamentu za noc to 77 Euro. Dość drogo, ale naprawdę było warto. Po przyjeździe czekaliśmy cierpliwie na właścieli około 2 godzin!
Kiedy przyjechali, poczęstowali nas Palonką, którą Andrzej i Tomek wypili ze smakiem. Dostaliśmy klucze i pozostawiono nas samych w całej villi, co było dużym plusem!



Po ugotowaniu obiadu poszliśmy zwiedzać okolicę.
Plaża znajdowała się w odległości około km od Villi.





Na ścieżce wiodącej wzdłuż morza spotykamy mnóstwo biegaczy. Trasa płaska, więc nawet początkujący dają radę. W drodze powrotnej idziemy obok kortów tenisowych. Bookujemy na godzinę w niedzielę.
Powrót do Villi. Rano poranny rozruch na stadionie, śniadanie i 40 minutowa wędrówka w stronę starego miasta. Jak doradziła nam właścicielka, bardziej opłaca się iść na nogach lub wziąść taksówkę na więcej osób, niż podróżować miejskimi autobusami.
Pogoda znakomita. Słońce, gorąco, choć to nie najlepsza pogoda do zwiedzania.







Wchodzimy do miasta. Niestety nie możemy zlokalizować od razu wejścia na mury, więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od chodzenia wąskimi uliczkami, aż dotarliśmy do głównej ulicy centrum. Tłumy ogromne, choć jeszcze się sezon nie zaczął.





Nie decydujemy się jednak na wejście na mury. Oglądamy jeszcze port, w którym pijemy kawę, łyk wody ze studni (w Dubrovniku woda z kranu i studni nadaje się do picia) i powoli wracamy do domu.


Jemy obiad w domu, odpoczywamy, a wieczorem (czytaj w nocy bo koło 21) idziemy na stadion zrobic 200 setki. Jak na ceglany stadion dosyc szybko mi się biegało po około 39 sekund.


Następny dzień postanowiliśmy w całości spędzic na plaży. Było gorąco, a właściciele villi powiedzieli, że nadciąga kisza (deszcz), więc lepiej wykorzystac dzień na maksa na plaży.


Woda niezbyt ciepła niestety. Ja uwielbiam jak jest conajmniej 31 stopni, było z 22 więc jednie się zamaczam. Tomek pływa, Andrzej robi zdjęcia.



W drodze powrotnej odkryliśmy duży supermarket Tommy, gdzie od tego dnia robiliśmy już zakupy w Dubrovniku.
Rano. przed pójściem na plażę przebiegliśmy się na Velka Petkę - solidny podbieg parukilometrowy, dawał w kość. Wieczorem poszliśmy grać w tenisa.



Następnego dnia mamy w planach zwiedzanie Dubrovnika ze wzgórza SRD. Rano leje. Słynna kisza wkońcu przyszła, ale nie jest to taka pogoda jak w Polsce, gdzie jak leje to tydzień, po paru godzinach przeszło i mogliśmy iść do miasta i wsiąść do kolejki, która zawiozła nas na szczyt wzgórza.





Wieczorem idziemy ostatni raz przebiec się na Velką Petkę i okoliczną plażę. Wyczerpani wracamy do domu, pakujemy się i rano startujemy do Zadaru.
Postanowiliśmy pojechać autostradą. Po zjeździe z magistrali szukamy autostrady. W jedym miejcu jeden kierunkowskaz na autostradę poprowadził nas w odwrotnym kierunku, ale pewien dziadek widząc naszą rejestrację zapewne, kazał nam zawrócić na szczęscie, bo droga wiodła coraz bardziej w górę. Jedziemy, jedziemy i jedziemy i autostrady brak. Jesteśmy wysoko nad przepaścią i wkońcu jest! upragniona autostrada i od tego miejsca jedzie się super komfortowo do zjazdu na Zadar 1. Stamtąd jedziemy do Zatonu - Holiday resort. Mamy zabookowany wcześniej apartament w resorcie. Koszt 50 euro za noc (poza sezonem!). W sezonie ceny dochodzą nawet do 100 euro i nie można zabookować bez depozytu. Możliwe to jest tylko poza sezonem. Strona internetowa resortu do bani - wiele rzeczy tam nie działa - szczególnie bookowanie.




W resorcie można znaleźć wszystko - aleję handlową, restauracje, self service restaurant, bankomaty, supermarket, stoiska z warzywami i owocami (duży wybór - mniam), basen, plażę z płatnymi leżakami, korty tenisowe - płatne, rozrywki wszelkiego rodzaju - siłownie, no i najlepsze - ścieżka zdrowia do biegania - 2 km pętla dla biegaczy z różnymi przyrządami do ćwiczeń. Oprócz ścieżki zdrowia, wokół resortu można ścieżkami asfaltowymi zrobić wielką pętlę w ramach na przykład rozruchu. Biegaczy nie brakowało.



W pierwszym dniu zwiedzamy ośrodek. Plaża, siłownia, basen, wszystko jest tak jak było pare lat temu kiedy byliśmy tu po raz pierwszy. Idziemy również zobaczyć nasze stare miejsce, gdzie rozbiliśmy kiedyś namiot. Trochę się zmieniło, dodano więcej mobile homes i przeniesiono stałe namioty.
Wieczorem zwiedzamy ośrodek nocą.



Rano rozruch i tenis. Udało nam się zagrać za darmo ponieważ nie wiedzieliśmy jeszcze, że korty są płatne.
Potem plaża i słodkie lenistwo. Andrzej z Tomkiem idą jeszcze zwiedzić basen.






Po obiedzie poszliśmy zwiedzić niewielką miejscowość znajdującą sie poza resortem - wyspę Nin.


Mała, malownicza wysepka.
Pogoda dopisała - słońce, gorąco, wręcz wspaniale. Wszystko czego można było sobie zażyczyć. Bajka. Można zapomnieć o wszystkich problemach, stresie itp.
Wieczorem pobiegaliśmy po ścieżce, wykonując zadane ćwiczenia i poszliśmy grać w tenisa, gdzie dowiedzieliśmy się, że musimy zapłacić 50 kuna.

Niestety koniec laby nastał i musieliśmy następnego dnia rano po śniadaniu spakować się i ruszyć w dalszą podróż. Czekała nas 6 godzinna podróż do Budapesztu, mojego ukochanego miasta. Bardzo lubię tam wracać i gdy tylko mam okazję, zawsze tam jestem.

Droga wiodła cały czas autostradą, więc mieliśmy komfortową jazdę. Użyliliśmy tym razem GPSa, który o dziwo doprowadził nas pod sam zabookowany apartament. Mieszkaliśmy w nim w zeszłym roku i mamy bardzo miłe wspomnienia, więc zabookowaliśmy go ponownie. Obiekt Art Guesthouse ulokowany jest w odległości około 10 km od centrum.






Głównym naszym celem w Budapeszcie są oczywiście baseny termalne. W zeszłym roku zwiedziliśmy większość i najbardziej spodobały nam się termy Dagaly niedaleko wyspy Małgorzaty.



Pogoda tak jak w zeszłym roku - wyśmienita - ponad 30 stopni, pełne słońce. Tym razem odkryliśmy sauny!


Wieczorem idziemy do pobliskiego parku zrobić trening. Park przystosowany typowo dla biegaczy - 900 metrów tartanu, w parku, nie na stadionie! Ukształtowanie terenu oczywiście górzyste, ale biega się rewelacyjnie. Dzieci mają swój mini park rozrywki, psy swoje wybiegi , rowerzyści swoją ścieżkę, coś niesamowitego.
Następnego dnia nietety musimy wracać do rzeczywistości. Czeka nas 6.5 godzinna podróż do Polski. Na Słowacji zatrzymujemy się w naszej ulubionej restauracji, gdzie serwują bardzo dobre naleśniki, które jemy na drugie śniadanie. Potem na obiad w Polsce, zaraz za Jabłonką.



Podsumowując - SUPER WAKACJE!


 
Reklama
 
 
Stronę odwiedziło 18931 odwiedzający
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=